Jak Morawiecki Junior ekozaczadził Prezesa

Naczelnik Kaczyński nie tylko nie  zna się na finansach, ale i na bankowości i w ogóle na gospodarce. Obce są mu wszelkie nowinki technologiczne. Nie ma więc co się dziwić, że Morawiecki-Junior z łatwością oczerował  go „ekologicznymi” planami rozwoju elektromobilności. 

To za czasów Beaty Szydło, bądź co bądź prostej kobieciny, zaczął się polski dramat pod nazwą „Projekt Morawiecki”Gdy Junior przedstawił na wykresach przygotowanych w jednej z globalnych sieci konsultingowych plany rozwoju tzw. elektromobilności, Prezesowi opadła szczena. Ta właśnie elektromobilność stała się jednym z naważniejszych, jeśli nie najważniejszym, filarem jego „Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. „Mateuszek” obiecał, że będzie to drogą do odbudowy polskiej motoryzacji, a Prezesowi stanęły łzy w oczach na wspomnienie o FSO, syrenkach, polskich fiatach i innych cudach tego rodzaju. Teraz Polska będzie znowu potęgą motoryzacyjną!  

Morawiecki obiecał, że do 2025 r., czyli w ciągu zaledwie 8 lat,  po polskich szosach będzie jeździć milion elektrycznych aut, a na takie przeskoczenie technologiczne Zachodu potrzeba zaledwie 18,6 mld zł. Pieniędzy oczywiście budżetowych, naszych. Mało tego! Właśnie odnotowaliśmy kolejny wykwit gargantuicznych ambicji premiera. Objawił, że  już za 10 lat „będziemy eksportować więcej aut do Niemiec niż Niemcy do nas”. I będą to auta bez kierowcy. 

Polska liderem rewolucji? Na bank! 

 To pierwsza rewolucja przemysłowa, w której możemy uczestniczyć na pełnych prawach, jako lider a nie odbiorca technologii. Solaris, Ursus czy wreszcie Autosan mają w państwie sprzymierzeńca, którego brakowało polskim firmom tak długo.” – mówił Morawiecki w wywiadzie dla wPolityce.pl. To, że Solarisa właśnie opchnęli zagranicy, to rybka. Było tak: prace nad narodowym autem wdrożono ponad rok temu. We wrześniu 2017, w wyniku ciągnącego się jak guma do żucia konkursu (zwycięzcy dostali po 100 tys.zł) wyselekcjonowano 4 najlepsze projekty… nadzwozia narodowego „elektryka”. Może i ładne (patrz na załączonym zdjęciu) . Co jednak z pozostałymi częściami, pozwalającymi szkicowi i makiecie zmaterializować się przynajmniej w prototyp auta? Nie wyprodukują ich ani Ursus, ani Autosan, ale hołubione przez Juniora zagraniczne koncerny. I może o to właśnie docelowo chodziło.

Kosztowny eksperyment

Ostatecznie jednak… czy warto się tą hecą w ogóle przejmować? Od września zeszłego roku nic się w sprawie nowego nie zadziało. Pomimo, że rozstrzygnięcie konkursu zapowiadano na styczeń 2018 r., a wybór partnera do produkcji –  na połowę tego roku.  

Junior lubi przywoływać przykład bogatych Niemiec, gdzie fanatycznie eksperymentuje się ze wszelkimi ekonowinkami. Niemcy to jeden z najbogatszych krajów na świecie, mogą pozwolić sobie na takie fanaberie. Do Francji jednak już jego wzrok nie sięga. Ogromny dług, niezadowoleni klienci i zerwanie umowy – tak właśnie kilka tygodni temu zakończył żywot system wynajmu ponad 4000 samochodów elektrycznych w Paryżu. Porażka systemu Autolib powinna wstrząsnąć prominentami spółki Electromobility Poland, która dostała zadanie wykreowania taniego, polskiego „elektryka„. Twór ten, dający oczywiście intratne posady krewnym i znajomym królika, powstał jeszcze w  2016 r. , gdy przyszedł prikaz, by koncerny energetyczne PGE, Tauron, Energa i Enea zrzuciły się na start spółki po 10 mln złotych.

Elektryki nie dla biednych    

Dane ACEA to pokazują, że w krajach o PKB/mieszk. poniżej 18 tys. euro sprzedaż elektryków jest zerowa. Dopiero od progu 18 tys. euro pojawia się na poziomie 1,8 proc. Nie ma co ściemniać: elektryk jest i jeszcze długo będzie autem tylko dla bogatych. Chyba, że banki dadzą na nie jakiś „miniratki”. Statystyki sprzedaży są -> TUTAJ (dostęp 27 lipca 2018), Polska wcale nie jest żadnym liderem, wręcz odwrotnie.

Co dalej, drapią się po głowach ministry od Juniora? Idźmy dalej – nie tylko infrastruktura ładowania akumulatorów się liczy i pochylmy się na moment nad kosztem paliwa, elementem istotnym, a lubiącym się zmieniać (cena iść tylko w górę), a wchodzącym w skład kosztów eksploatacynych właściciela „elektryka”. Polacy płacą jedne z najwyższych rachunków za energię w UE. Taniej* już nie będzie, o czym można przeczytać m.in. -> TUTAJ (dostęp  27 lipca 2018).

W Polsce „elektryki” po prostu nie wyjdą. Autobusy elektryczne i hybrydowe – ok. Skutery i skuterki – jeśli jest ładna pogoda, mają jakiś sens, chociaż jeździec nałyka się smogu i innych syfów. Auta osobowe jednak nie będą „schodzić. To już widać. W pierwszej połowie roku udało się sprzedać raptem 158 egzemplarzy wypromowanego już mocno Nissana Leafa. Zeszło także… 14 egzemplarzy dostawczego Nissana e-NV200. Są po prostu za drogie. Kasochłonny projekt Morawieckiego stworzenia i spopularyzowania polskiego auta elektrycznego musiałby też konkurować z zaprawionymi w rynkowych bojach zagranicznymi koncernami. Z jakim skutkiem? Nietrudno przewidzieć. Chyba, że w ten poroniony pomysł wmpompuje się górę pieniędzy z naszych podatków. 

 – W II RP już raz udowodniliśmy z budową Gdynii i COPu, że potrafimy – upiera się Morawiecki. – Teraz – w zupełnie nowych realiach – staramy się szukać najlepszych ścieżek do rozwoju w dobie IV rewolucji przemysłowej. I czynimy to coraz bardziej skutecznie – puszy się Junior w wywiadzie. Mitomanowi wydaje się chyba, że jest drugim Eugeniuszem Kwiatkowskim. Nie jest nawet cieniem Edwarda Gierka.

 Jerzy Nowacki, 28.07.2018

* – 24 lipca br za dostawę energii elektrycznej na III kwartał 2018 r. trzeba było zapłacić na giełdzie energii 245 zł za MWh, czyli o blisko 75 zł więcej niż w styczniu. Z kolei ceny w dostawie na 2019 r. osiągnęły dzień wcześniej najwyższy w historii poziom 227 zł za MWh. Prąd drożeje też w ślad za ropą, gazem, węglem i rosnącą temperaturą. I będzie drożał.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o