Solorze nigdy nie dziękują

Niedawno, po ponad 50-letniej pracy, została zamknięta Elektrownia Adamów w Turku. Nikt z obecnego, politycznego establishmentu, który szedł do wyborów z hasłami „repolonizacji”, nie kiwnął nawet palcem, że w p..du poszedł jeszcze jeden, polski zakład. Podobno nie był rentowny. Podobno nie spełniał wymagań dotyczących zanieczyszczania środowiska. O zgrozo, produkował za dużo dwutlenku węgla!

Jego modernizacja była dla właściciela, pana Zygmunta Solorza, posiadacza jak wieść niesie sporej przygarści swoich paszportów –  nieopłacalna.

Pan Solorz sprzedał mediom narrację, że w przeciągu kilku najbliższych lat skończą się okoliczne złoża węgla brunatnego z których elektrownia czerpała. Przeczą temu badania geologiczne. Ale przecież „wolnoć Tomku w swoim domku. Toż to oczywiste i fakty muszą poddać się medialnej haggadzie.

Trochę z najnowszej historii zamkniętego przedsiębiorstwa: kilka lat temu Elektrownia Adamów uzyskała „tymczasowe prawo” do funkcjonowania z obecnymi standardami emisji CO2 przez okres 17,5 tysiąca godzin, liczonych od 1 stycznia 2016 r. Weszła w skład grupy energetycznej działającej w oparciu o zasoby węgla brunatnego, tzw. Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Gdy posiadł ją we władanie Zygmunt Solorz-Żak, znany telewizyjny i cyfrowy multimiliarder, wszak Polak ponoć, otworzyła się nadzieja dla zakładu i dla całej grupy ,że idzie lepsze. Nadzieja płonna jednakowoż, bo właściciel długo nie wytrwał jako inwestor. Rozpuścił ostatnich, 150 pracowników i zawiesił kłódkę na bramie zakładu.

Związkowcy wysłali do Solorza-Żaka list otwarty. Prosili tylko o „godne podziękowanie za wieloletnią pracę”. Za swoją lojalność do końca. Za wiarę w przyszłość firmy. Śmieli przy tym poprosić na odchodne o dodatkową gratyfikację finansową. Ta bezczelność musiała zaboleć…

Pod grzecznym listem podpisało się sześciu przewodniczących różnych związków zawodowych z ZE PAK i „Solidarności”:

„Pracownicy zasłużyli na godne odprawy pieniężne, przewyższające unormowania ustawowe, ponieważ poświęcali swoje życie i zdrowie pracująca dla ZE PAK i kraju” – napisali związkowcy. Praca w elektrowni do lekkich nie należy. Większość załogi związana jest z branżą, ma ponad 30-letni staż pracy. To jest niebezpieczna praca przy naprawdę groźnych dla zdrowia urządzeniach. Pracownicy kończącej z początkiem tego roku elektrowni powinni otrzymać godne podziękowanie za lata pracy. Tak po prostu wypadało zrobić”

Kogo jednak obchodzi praca dla „kraju”? Zwalniani olani zostali szerokim łukiem. Nie dostali nawet odpowiedzi. Zaległa kompletna cisza. Rzecznik ZE PAK, by nie wystawiać swojego d..ska , uciekł na zwolnienie lekarskie, czy inny, stosowny do okoliczności, przerywnik urlopowy.

Można mówić i tłoczyć w głowy, że 6 związków zawodowych, „darmozjadów”, to za dużo na grupę energetyczno-węglową. Może. Ale we Francji i w innych krajach rozwiniętych w podobnym układzie bywa ich i nawet 16 i nikt się nie czepia. Bo to jest normalne. Ale my to Polska właśnie – trawestując nieco słowa znanego showmana dziennikarskiego, rzecznika jednej opcji. U nas pracownik to śmieć.

Można bez końca powielać bełkot neoliberałów o „roszczeniowych pracownikach”. Ci sami, którzy tak plotą, bezpiecznie rozlokowują się na różnych posadach. Bardzo chętnie – państwowych. Najbardziej zasłużeni – na zagranicznych. Gdy brakuje już miejsc, alokują się do niby niezależnych, „instytutów” gdzie czekają na lepsze czasy. Lądują miękko w stosownych izbach gospodarczych. W szemranych stowarzyszeniach i fundacjach, na wypasionych stołkach prezesowskich w spółdzielniach mieszkaniowych. Wszędzie, gdzie się tylko uda wrzepić. By przeczekać każdą dobrą, czy gorszą zmianę. Pracownik natomiast ma być wdzięczny za to, że ma w ogóle pracę. Jest przecież „rynek. Komuś nie pasuje? Fora ze dwora. Za rogiem czekają Ukraińcy i Białorusini.

Winien też pracownik głośno chwalić swojego pracodawcę . „Łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje, prezes naszego klubu…” Optymalnie zaś winien donosić na niezadowolonych z patologii w zakładzie współpracowników. To było, jest i będzie w cenie.

Tego rodzaju „pracodawców”, jak Solorz , postnomenklaturowych dorobkiewiczów, wykształciuchów z nierzadko dętymi i podejrzanymi dyplomami, mylić nie należy w żadnym razie z przedwojennymi „chlebodawcami”. Tych robotnicy często szanowali. Nie tylko za sam fakt, że mieli pracę. Nie tylko za przyzwoitą pensję – jak na warunki młodej, dopiero kształtującej się po odzyskaniu wolności po 120 – latach zaborów, II Rzeczpospolitej. Ale za czujne i życzliwe oko, za opiekę roztaczaną także nad ich rodzinami. Dziś nazywa się to socjalem i w Polsce jest to niemodne słowo. W koroporacjach zwie się to pakietem bonusów do wynagrodzenia podstawowego. To jest jednak inna bajka. To jest inna jakość i całkiem inny klimat, bo i o co innego chodzi we współczesnej korporacji.

Czy pan hrabja, wykwit nowych czasów, Solorz-Żak, miał obowiązek dodatkowego uhonorowania zwolnionych pracowników Adamowa ? Obowiązku takowego prawnie nie miał. Nie w tym jednak rzecz. Honorowo, ale i dla podtrzymania dobrego wizerunku swojego multimedialnego koncernu, pan Solorz, wszak niegdyś wyposażony odpowiednio w kapitał i wypasiony w nomenklaturowych latach 90. 20 wieku, mógł skreślić na koniec kilka ciepłych słów do ludzi, „jego” ludzi. Przy tym nawet na jotę nie uchylając portfela. Zdobyć się na proste słowo: „dziękuję, że byliście do końca”. Nie dał rady.

Jerzy Nowacki

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o